Z drugiej strony nie chce rezygnować z trzody, którą zajmuje się od dzieciństwa. Aktualnie uprawia 25 hektarów, utrzymuje około 140 świń i szuka sposobu, aby produkować dalej bez nadmiernego zwiększania kosztów.
Z handlu zbożem nie ma kokosów
Gospodarstwo Andrzeja Rulskiego opiera się na dwóch kierunkach produkcji: uprawie zbóż i hodowli trzody chlewnej. Rolnik gospodaruje na 25 hektarach i uprawia wyłącznie zboża. Nie sieje rzepaku ani kukurydzy.
Utrzymuje 140 świń, w tym 11 macior. To skala, którą zna i którą może prowadzić bez konieczności podejmowania kolejnych dużych inwestycji.
Własne zboże jest ważnym elementem całego modelu prowadzenia gospodarstwa. Przy niskich cenach sprzedaż ziarna nie zawsze jest atrakcyjna, dlatego część produkcji można wykorzystać w gospodarstwie.
– Ja bym wolał właśnie zboże zagospodarować przy świniach. Zawsze to sensowniejsze, bo z handlu zbożem dziś nie ma kokosów – mówi Rulski.
To właśnie połączenie produkcji roślinnej i zwierzęcej pozwala mu inaczej patrzeć na ceny zbóż. Ziarno nie musi od razu trafić do skupu – może zostać wykorzystane w gospodarstwie.
Zboże tanie, nawóz drogi, paliwo drogie
Problemem pozostają jednak koszty. Rolnik wskazuje je bez długiego wyliczania. – Zboże tanie, nawóz drogi, paliwo drogie – mówi.
W praktyce oznacza to konieczność bardzo ostrożnego podejmowania decyzji. Koszty produkcji trzeba ponieść wcześniej, podczas gdy cena sprzedaży zboża czy żywca jest znana dopiero później.
W przypadku gospodarstwa łączącego produkcję roślinną i zwierzęcą znaczenie ma więc nie tylko cena konkretnego produktu, ale cały rachunek: koszty uprawy, utrzymania zwierząt, paliwa, nawozów oraz pracy.
70 ton zboża w dobrym roku, 30 ton w słabszym
Na wynik gospodarstwa wpływają także plony. W poprzednim, rekordowym roku Rulski sprzedał z gospodarstwa prawie 70 ton zboża. W słabszym sezonie było to niecałe 30 ton.
Różnica jest duża jak na gospodarstwo o powierzchni 25 hektarów. Tym bardziej że niższe zbiory nie oznaczają automatycznie proporcjonalnego spadku kosztów.
W tym sezonie rolnik miał zresztą poważne problemy już na początku wegetacji. Część upraw nie przetrwała zimy. – 10 hektarów musiałem zniszczyć po prostu i zacząć jare, bo cały jęczmień ozimy i owies też miałem zimowy, no to zmarzło – wspomina.
Później pojawiły się kolejne problemy, czyli susza. – Opady w marcu kształtowały się na poziomie 4 litrów na cały miesiąc. W kwietniu było to 8 litrów. Dopiero w maju coś się ruszyło i było lepiej – relacjonuje Rulski.
Maj przyniósł poprawę, ale nie mógł już cofnąć wcześniejszych strat. – To, co wyschło w kwietniu, to już wiadomo, że nie będzie plonować – tłumaczy.
W efekcie rolnik musi brać pod uwagę jednocześnie ryzyko cenowe i pogodowe. Nawet dobrze zaplanowana produkcja może zakończyć się słabszym wynikiem, jeśli warunki na polu nie dopiszą.
Świnie zostają, ale nowych budynków nie będzie
Mimo problemów młody rolnik nie chce likwidować trzody. Nie planuje jednak również zwiększania stada. Przeszkodą są koszty inwestycji i sytuacja na rynku.
– Nie chciałbym stawiać następnych budynków, bo to są konkretne pieniądze, a rynek świń w Polsce jest bardzo trudny. Na dziś nie można myśleć przyszłościowo – przyznaje z żalem.
Budowa kolejnego obiektu oznaczałaby wydatki i konieczność zwiększenia skali produkcji. Przy niepewnych cenach trzody rolnik nie chce podejmować takiego ryzyka. Dlatego wybiera rozwiązanie znacznie bardziej zachowawcze – pozostanie przy obecnym stadzie.
Dlaczego mimo wszystko trzyma świnie?
Skoro sytuacja jest trudna, pojawia się pytanie, dlaczego rolnik nie zrezygnuje z produkcji zwierzęcej i nie pozostanie wyłącznie przy uprawie zbóż. Odpowiedź jest częściowo ekonomiczna, a częściowo osobista.
– Myślałem o tym, ale pracuję przy świniach od dziecka i w sumie bardzo to lubię. Nie chciałbym likwidować tego, co daje mi radość i satysfakcję – przyznaje Andrzej Rulski.
Trzoda jest więc dla niego nie tylko źródłem przychodu. To także kierunek produkcji, który zna od lat i którego nie chce łatwo porzucić.
Jednocześnie gospodarstwo musi się finansowo bilansować. Pomocne są płatności związane z dobrostanem zwierząt. Rulski mówi o blisko 40 tys. zł rocznie dodatkowych środków. – Dobrostan też trzyma, bo zawsze są to jakieś dodatkowe pieniądze – mówi.
Mniejsza obsada to mniej pracy
Przy decyzji o wielkości stada liczy się także codzienna praca. – Mniejsza obsada, to mniej roboty – zauważa rolnik.
Większa liczba zwierząt oznaczałaby nie tylko możliwość uzyskania większych przychodów, ale również więcej obowiązków. Przy gospodarstwie tej wielkości zwiększanie produkcji nie jest więc oczywistym rozwiązaniem.
Rulski woli utrzymać skalę, którą zna, niż inwestować duże pieniądze w rozbudowę bez pewności, że rynek zapewni odpowiednią stopę zwrotu.
Rynek trzody nie zachęca do dużych inwestycji
Ostrożność rolnika znajduje odzwierciedlenie w danych rynkowych. Według GUS w lipcu 2026 r. cena skupu żywca wieprzowego była o 25,3% niższa niż rok wcześniej. W tym samym miesiącu ceny podstawowych produktów rolnych były średnio o 13,8% niższe niż w lipcu 2025 r.
Spadały również ceny zbóż. Cena pszenicy w skupie była w lipcu o 3,6% niższa niż rok wcześniej, pszenżyta o 5,3%, żyta o 6,6%, a jęczmienia o blisko 7%.
Dla gospodarstwa Rulskiego oznacza to presję zarówno po stronie produkcji roślinnej, jak i zwierzęcej. Własne zboże pozwala część produkcji wykorzystać w gospodarstwie, ale nie eliminuje ryzyka związanego z ceną żywca. Z kolei wysoki koszt środków produkcji ogranicza możliwości poprawy wyniku po stronie upraw.
Własne zboże daje większą elastyczność
Umiejętne połączenie produkcji roślinnej i zwierzęcej pozwala inaczej zarządzać gospodarstwem. Kiedy ceny zbóż są niskie, część ziarna może zostać wykorzystana przy produkcji trzody. Gospodarstwo nie jest wtedy całkowicie uzależnione od sprzedaży zboża po aktualnej cenie skupu.
Jednocześnie Rulski musi brać pod uwagę koszty produkcji świń. Własne zboże nie oznacza przecież produkcji bez kosztów. Dochodzą wydatki związane z utrzymaniem zwierząt i codzienną obsługą stada.
Dlatego rolnik nie traktuje własnego zboża jako gwarancji wysokiej opłacalności, ale jako element, który pozwala lepiej wykorzystać to, co produkuje gospodarstwo.
Technologia pomaga pilnować terminów
Młody rolnik korzysta także z technologii, która ma ułatwiać organizację pracy. W gospodarstwie wykorzystuje aplikację Greenfield. Najbardziej przydatna jest dla niego funkcja związana z rozrodem macior.
– Teraz wiem, kiedy mam się spodziewać porodu. Dlatego to jest dla mnie bardzo przydatna funkcja tej aplikacji – mówi.
Rolnik korzystał z aplikacji także wcześniej, kiedy miał krowy. Po zlikwidowaniu hodowli bydła zaczął wykorzystywać ją przy trzodzie, gdy pojawiły się odpowiednie funkcje. Jak podkreśla, rozwiązanie ułatwia mu pracę.
W tym przypadku technologia nie jest więc sposobem na zwiększenie skali produkcji. Ma przede wszystkim pomóc lepiej ją zorganizować.
Zamiast dużych inwestycji – ostrożność
Gospodarstwo Andrzeja Rulskiego pokazuje, jak trudna może być sytuacja rolnika, który jednocześnie uprawia ziemię i utrzymuje zwierzęta.
Z jednej strony własne zboże daje możliwość wykorzystania produkcji w gospodarstwie. Z drugiej – ceny zbóż i trzody pozostają zmienne, koszty produkcji są wysokie, a pogoda może w krótkim czasie zmienić wynik całego sezonu.
Przy takich warunkach decyzja o budowie nowych budynków i zwiększeniu stada jest dla niego zbyt ryzykowna. Nie oznacza to jednak rezygnacji z trzody. Rulski chce nadal prowadzić produkcję, ale na obecnym poziomie.
– Nie chciałbym likwidować produkcji, bo pracuję przy świniach od dziecka i lubię to – mówi Rulski.
Krzysztof Zacharuk
