400 zł za krowę. Czy tyle zapłaci wkrótce rolnik? Nie. Przynajmniej na dziś nie ma takiego obowiązku w Polsce ani na poziomie całej Unii Europejskiej.
Kwota około 400 zł pochodzi z kalkulacji dotyczących Danii. To właśnie ten kraj jako pierwszy zdecydował się na wprowadzenie opłaty CO₂e (ekwiwalent dwutlenku węgla) od emisji związanych z hodowlą zwierząt. Duński system ma zacząć obowiązywać w 2030 r.
Marginalna stawka została ustalona na poziomie 300 koron duńskich (DKK) za tonę CO₂e w 2030 r., a następnie ma wzrosnąć do 750 DKK/t CO₂e w 2035 r. W systemie przewidziano 60-procentowe odliczenie od podstawy opodatkowania, dlatego duński rząd wskazuje efektywną stawkę odpowiadającą 120 DKK/t CO₂e w 2030 r. oraz 300 DKK/t CO₂e od 2035 r.
Dania nie wprowadza jednak jednej ceny za sztukę bydła. Podstawą rozliczenia jest poziom emisji.
Skąd wzięło się 400 zł?
W przykładowych kalkulacjach dotyczących duńskiej hodowli przyjmuje się emisję rzędu 5,6 t CO₂e rocznie na krowę mleczną. Przy efektywnej stawce 120 DKK za tonę daje to około 672 DKK, czyli w przybliżeniu 400 zł.
To kluczowe zastrzeżenie: 400 zł nie jest oficjalną duńską stawką podatku od jednej krowy. Jest wynikiem przeliczenia określonego poziomu emisji według obowiązującej stawki. Oficjalna stawka jest określona w koronach za tonę CO₂e.
Przy zastosowaniu tego samego poziomu emisji po 2035 r. kalkulacja daje około 1680 DKK, czyli mniej więcej 950–1000 zł rocznie. Także tę kwotę należy traktować orientacyjnie, ponieważ zależy ona od przyjętego poziomu emisji i kursu walut.
Duński system obejmuje emisje związane z procesami trawiennymi zwierząt oraz emisje powstające w związku z gospodarką nawozami naturalnymi.
A ile wyszłoby dla stada 100 krów?
To właśnie ten przykład najlepiej pokazuje skalę potencjalnego obciążenia, ale trzeba podkreślić, że nie jest to rachunek, który dziś otrzymałby polski rolnik.
Jeżeli czysto kalkulacyjnie przyjąć około 400 zł na jedną krowę, stado 100 sztuk oznaczałoby blisko 40 tys. zł rocznie. Przy analogicznym przeliczeniu po 2035 r. byłoby to około 95–100 tys. zł.
Są to jednak wartości wynikające z przemnożenia przykładowej emisji przez duńską stawkę. Nie można ich traktować jako prognozy podatku, który zostanie wprowadzony w Polsce.
Wysokość ewentualnej przyszłej opłaty zależałaby między innymi od przyjętej ceny emisji, sposobu jej liczenia, rodzaju produkcji, zastosowanych ulg oraz tego, kto zostałby objęty obowiązkiem.
Nie każda krowa oznacza taką samą emisję
Właśnie dlatego określenie "400 zł od krowy" jest dużym uproszczeniem. Poziom emisji zależy między innymi od rodzaju zwierzęcia, sposobu żywienia, technologii produkcji oraz gospodarowania nawozami naturalnymi. Inaczej może wyglądać bilans emisji gospodarstwa mlecznego, a inaczej gospodarstwa zajmującego się opasem.
W przypadku przeżuwaczy szczególne znaczenie ma metan powstający podczas procesów trawiennych. Kolejnym źródłem emisji jest przechowywanie i zagospodarowanie obornika oraz gnojowicy.
Dlatego ewentualny przyszły system oparty na rzeczywistych emisjach byłby znacznie bardziej skomplikowany niż zwykłe przemnożenie liczby krów przez jedną stałą kwotę.
Czy Polska będzie musiała wprowadzić taki podatek?
Na dziś nie. Nie ma unijnego przepisu, który nakazywałby Polsce wprowadzenie od 2027 r. opłaty za emisje bydła. Nie ma również ustalonej na poziomie UE stawki, według której polski rolnik miałby płacić np. 400 zł za jedną krowę.
Duński system jest rozwiązaniem krajowym. Nie jest elementem obowiązującego unijnego EU ETS i nie przechodzi automatycznie na pozostałe państwa członkowskie.
To jednak nie oznacza, że temat cenowania emisji rolniczych można zignorować.
Dlaczego wszyscy mówią o 2027 roku?
Rok 2027 pojawia się w tej dyskusji przede wszystkim za sprawą ETS2. Jest to unijny system handlu emisjami obejmujący emisje związane ze spalaniem paliw w budynkach, transporcie drogowym i dodatkowych sektorach. ETS2 działa na wcześniejszym etapie łańcucha paliwowego – obowiązki dotyczą dostawców paliw, a nie bezpośrednio ich końcowych użytkowników.
Zgodnie z aktualnym harmonogramem aukcje uprawnień ETS2 mają rozpocząć się w 2027 r., natomiast system ma być w pełni operacyjny od 2028 r.
ETS2 nie jest podatkiem od krów i nie obejmuje metanu powstającego podczas trawienia paszy przez bydło.
Rolnik nie zapłaci za krowę w ETS2, ale może zapłacić więcej za paliwo
To dla gospodarstw może być bardziej konkretne niż sama dyskusja o przyszłym ETS3. Jeżeli koszty zakupu uprawnień zostaną uwzględnione w cenach paliw, rolnicy mogą odczuć ETS2 poprzez wyższe koszty oleju napędowego i innych paliw wykorzystywanych w produkcji oraz transporcie.
Rolnik posiadający 100 krów nie dostanie jednak rachunku obliczonego według liczby zwierząt. ETS2 i ewentualny przyszły system cenowania emisji rolniczych to dwa różne mechanizmy.
ETS3 – co właściwie może oznaczać dla rolnika?
ETS3 nie jest oficjalną nazwą unijnego systemu. Określenie to jest używane w debacie publicznej w odniesieniu do możliwego rozszerzenia mechanizmów cenowania emisji na rolnictwo i sektor rolno-spożywczy.
Nie jest to jednak wyłącznie medialna spekulacja. Komisja Europejska analizowała możliwości stworzenia agri-food ETS, czyli systemu handlu emisjami obejmującego sektor rolno-spożywczy. Badanie miało sprawdzić, jak można wyceniać emisje z działalności rolniczej, a jednocześnie stworzyć finansowe zachęty do działań klimatycznych i rozwoju rolnictwa węglowego.
To ważne rozróżnienie: analiza Komisji nie oznacza decyzji o wprowadzeniu ETS3 ani przyjęcia podatku od krów.
Kto mógłby zapłacić?
To może być dla rolnika ważniejsze niż sama nazwa systemu. Komisja analizowała między innymi wariant, w którym obowiązek byłby nałożony bezpośrednio na gospodarstwa. W takim przypadku rolnik płaciłby w zależności od poziomu emisji związanych z produkcją.
Rozpatrywano również model, w którym koszt pojawiłby się wcześniej w łańcuchu produkcji, na przykład u producentów lub importerów nawozów i pasz. W takim przypadku część kosztu mogłaby zostać uwzględniona w cenach środków produkcji kupowanych przez rolników.
Analizowano także wariant dotyczący podmiotów znajdujących się dalej w łańcuchu, między innymi przetwórców mięsa i mleka.
To oznacza, że ewentualny przyszły system nie musi oznaczać prostego podatku od liczby krów.
Czy rolnik mógłby na tym również zarobić?
To aspekt, który w dyskusji o tzw. podatku od krów często jest pomijany. Komisja Europejska analizowała nie tylko sposoby wyceny emisji, lecz także mechanizmy, które mogłyby wynagradzać rolników i właścicieli gruntów za działania ograniczające emisje lub zwiększające pochłanianie CO₂.
Dla gospodarstwa oznaczałoby to potencjalnie dwa kierunki oddziaływania: koszt związany z emisjami oraz przychód za ich ograniczanie lub zwiększanie pochłaniania dwutlenku węgla.
Nie wiadomo jednak, czy taki system zostanie wprowadzony, w jakiej formie i według jakich stawek.
Pokazują, że taki mechanizm jest możliwy
Dania jest dziś najważniejszym przykładem, ponieważ zdecydowała się na opłatę CO₂e od emisji związanych z hodowlą zwierząt. Rozwiązanie jest częścią szerszego porozumienia dotyczącego transformacji duńskiego rolnictwa i użytkowania gruntów.
Duńskiego przykładu nie należy traktować jako zapowiedzi automatycznego wprowadzenia identycznego rozwiązania w Polsce. Pokazuje on jednak, że opłacanie emisji z produkcji zwierzęcej stało się realnym instrumentem polityki gospodarczej, a nie tylko przedmiotem analiz.
A co z Holandią?
Holandia jest często wymieniana obok Danii, ale jej sytuacja jest inna. Holenderska polityka wobec hodowli koncentruje się przede wszystkim na ograniczaniu emisji azotu i amoniaku. Podejmowano tam działania mające zmniejszyć presję środowiskową ze strony gospodarstw hodowlanych, w tym programy dobrowolnego wykupu części gospodarstw.
Nie jest to jednak ten sam mechanizm co duńska opłata od emisji gazów cieplarnianych. Dlatego jeżeli pojawia się kwota około 350–400 zł za krowę, jej źródłem jest przede wszystkim przykład duński, a nie holenderski system ograniczania emisji azotu.
Czy Unia chce ograniczyć hodowlę bydła?
Sama dyskusja o emisjach nie oznacza, że Unia Europejska zamierza zlikwidować produkcję zwierzęcą. KE podkreśla znaczenie hodowli dla europejskiego rolnictwa, a jednocześnie wskazuje na potrzebę dalszego ograniczania jej wpływu na klimat i środowisko. Równolegle rozwijane są rozwiązania związane z rolnictwem węglowym i wynagradzaniem za pochłanianie CO₂.
Z punktu widzenia rolnika ważne jest więc nie tylko pytanie, ile będzie kosztować emisja, lecz także czy gospodarstwo będzie mogło uzyskać wynagrodzenie za jej ograniczenie.
Co to oznacza dla polskiego hodowcy?
Na dziś odpowiedź jest prosta: polski rolnik nie ma obowiązku płacenia 350 czy 400 zł rocznie za każdą krowę. Kwota blisko 400 zł jest kalkulacją wynikającą z duńskiego systemu i określonego założenia dotyczącego emisji jednej krowy. Duńska opłata ma zacząć działać w 2030 r. i jest rozwiązaniem krajowym.
W Polsce znacznie bardziej konkretną zmianą jest ETS2. Może on pośrednio wpłynąć na koszty paliw, ale nie wprowadza opłaty od bydła.
Krzysztof Zacharuk
